wtorek, 12 listopada 2013

[4] Nevermind. Rozdział 3.


ROZDZIAŁ 3.

Co to za cholerny odgłos? Zjada mi mózg żywcem i niszczy mój błogi sen.Otworzyłem leniwie oczy i leżąc na brzuchu podniosłem głowę. Rozejrzałem się zaspany. Oh, budzik. Przejechałem palcem po ekranie telefonu wyłączając go. Musiałem zapomnieć że go nastawiłem. Odkryłem się z ciepłej kołdry i usiadłem na brzegu. Gołe, rozgrzane stopy dotknęły zimnej podłogi. Wzdrygnąłem się na to uczucie. Muszę kupić kapcie. Przeczesałem ręką potargane włosy i odetchnąłem głęboko. Wstałem i ruszyłem do okna. Odsłoniłem brązowe rolety a światło oślepiło mnie gwałtownie. Zakryłem ręką oczy następnie ruszyłem do łazienki. Po szybkim prysznicu, ubrany i po porannej kawie, założyłem kurtkę i trampki i ruszyłem do miejsca dla którego wstałem tak wcześnie. 8 rano to środek nocy.
Z pomocą komunikacji miejskiej byłem na miejscu już po trzydziestu minutach, więc zgodnie z zegarkiem byłem wcześniej o jakieś dziesięć minut. Niezły wynik. Nad dużym szklanym wejściem był ogromny, biały znak nieskończoności a zaraz pod nim było napisane "Infinity Restaurant". Wszedłem niepewnie do środka z tchem zapartym w piersiach. Już za szkłem było widać jak zaskakujące jest wnętrze. Oczywiście wiedziałem jak wygląda, internet pomaga w życiu ludzi, ale w rzeczywistości prezentowało się jeszcze lepiej. Panowała tam raczej mało kreatywna gama kolorystyczna, sam brąz i złoto, ale i tak wszystko wyglądało na ekstrawaganckie i drogie. Żałowałem tego jak się ubrałem. Odkąd przeszedłem próg, wiedziałem że trampki i koszulka w paski nie będą współgrać z taką elegancją. Idąc w stronę kontuaru przyglądałem się sobie w przejrzystej podłodze. Była koloru grafitowej czerni.
- Witam, w czym mogę pomóc? - słysząc te słowa szybko podniosłem głowę.
Wypowiedział je elegancko ubrany mężczyzna stojący za blatem. Patrzył na mnie z pewnym pożałowaniem. Nie dziwiłem mu się. Zanim odpowiedziałem, wyprostowałem plecy i odchrząknąłem by sprawić by mój głos był niższy.
- Umówiłem się na spotkanie o pracę.
- Nazwisko? - Jeju... odpowiedział tak szybko że nawet nie zdążyłem się zastanowić nad tym jak śmiesznie zabrzmiałem.
- Tomlinson.
Spuściłem wzrok na sporą księgę na której leżała mała karteczka z wyraźnie napisanym moim imieniem i nazwiskiem. Mężczyzna przewrócił parę kartek i przejechał po wybranej stronie palcem, następnie zrobił to ponownie. Co to ma być? Próbuje mnie wystraszyć że nie jestem zapisany, czy jak? Dopiero po chwili wrócił do pierwszej strony na której leżał skrawek papieru.
- Proszę iść tamtym korytarzem – podniósł gwałtownie rękę wskazując miejsce po mojej prawej stronie. - następnie do drzwi nad którymi jest napisane nazwisko dyrektora.
Podziękowałem i ruszyłem tam gdzie zostałem pokierowany. Odwróciłem się tylko ostatni raz by zobaczyć go jak lizodupnie całuje dłoń pewnej elegancko ubranej kobiecie. Gnój. Jeżeli będę tutaj pracować to czuję że się nie polubimy. Idąc denerwowałem się do tego stopnia że zacząłem się bawić sznurkami od mojej bluzy wiążąc je jak się da. Musiałem wyglądać jak jakieś zbłądzone dziecko.
Zapukałem w powłokę z ciemnego drewna. Klamka jak i zawiasy były pozłacane, bo nie wydaje mi się żeby były ze złota. Chociaż może? Po głośnym "Wejść!" wszedłem powoli do środka szykując uśmiech numer 12. To była moja zasada życiowa, uśmiechaj się choćby nie wiem co.
- Dzień dobry, nazywam się Louis Tomlinson i przyszedłem tu...
- Tak tak, do pracy, siadaj tutaj. - koleś ma jakiś problem ze sobą.
Podniosłem na niego wzrok, walczyłem z tym by nie pokazać jak bardzo zaskoczony byłem. Był najwyżej w moim wieku, może nawet i młodszy. Usiadłem posłusznie na skórzanym fotelu stojącym zaraz naprzeciw ogromnego biurka. Oparł łokcie na drewnianym blacie, a głowę na splecionych dłoniach.
- Jak już wiesz nazywam się Pan Harold Styles - powiedział z niewyobrażalną dumą w glosie, oczywiście nie zapominając o dodaniu "Pan". - przejrzałem wszystkie twoje papiery i jak na razie będziesz startować od kelnera.
Ucieszyłem się ogromnie słysząc to, ostatnie czego chciałem to siedzenie po szyje na zmywaku.
- Zaczynasz dzisiaj. - dodał po chwili.
Otworzyłem oczy ze zdumienia. Ktoś zapukał do drzwi na co wzdrygnąłem się i odwróciłem w ich stronę. Zza nich wyszła niska blondynka trzymając ogromną ilość papierów. Przytrzymywała je brodą przez co wyglądała komicznie a za razem słodko. Już czułem że ją lubię przez to że była pierwszą "nie sztywniacką" i pseudo elegancką osobą jaką tu spotkałem.
- Dokumenty o które pan prosił. - odłożyła stosik na róg biurka i poprawiła czarną ołówkową spódnicę.
Spojrzała na mnie gwałtownie a następnie na dyrektora. Wydawała się zmieszana.
- Ja... ja przepraszam, nie zauważyłam że ma pan gościa. - skupiła swój wzrok na mnie.
- To nic. - powiedziałem uśmiechając się głupkowato i wzruszyłem ramionami.
Dziewczyna spuściła głowę. Zawstydziła się? Zrobiła szybki w tył zwrot i wyszła. Odwróciłem się w stronę mojego nowego szefa który do tych czas się nie odzywał. Co się właśnie stało?
- Przepraszam bardzo za nią, zawsze była dość nierozgarnięta. - co z tego? Jest urocza, dupku.
Po załatwieniu wszystkich spraw, otrzymaniu grafika oraz z wiedzą gdzie mam się udać następnie, wyszedłem na korytarz. Zanim ruszyłem dalej, stałem w miejscu i czytałem jakiś pieprzony regulamin co do spóźniania się. Prychnąłem sam do siebie i zwinąłem kartkę w kulkę. Spojrzałem ostatni raz w dół przyglądając się sobie w odbiciu w podłodze. O cholera. Zaraz pod brodą miałem zawiązaną kokardkę z sznurków mojej bluzy. Odwiązałem je i plasnąłem ręką o czoło. Jesteś idiotą. No to mamy piękne pierwsze wrażenie.

-----------------------------------

Była już 17. Gdyby to było na miejscu to walnąłbym się na ciemnej i niezwykle czystej podłodze na środku kuchni i leżał tak do śmierci.
- Rusz się ty leniu! - kucharz, który akurat wrócił ze swojej przerwy, krzyknął zgryźliwie w moją stronę.
Właśnie. Przerwa. Kiedy był czas mojej? Dopóki miałem sekundę na wytchnienie ruszyłem do szatni i wyjąłem ze swojej szafki parę skrawków papieru. Był tam napisany cały grafik. Świetnie, przepracowałem godzinną przerwę, która była o 13. Ta wiadomość odebrała mi chęć wrócenia tam, ale ciągle próbowałem sobie przypominać że jeszcze tylko godzina. Jeszcze. Tylko. Godzina. Odebrałem dwa talerze jedzenia od grubasa w białym fartuchu i ruszyłem w stronę stolika z numerkiem 6. Ułożyłem dania delikatnie na białym obrusie z uśmiechem numer 8. Życząc smacznego spojrzałem po kolei na każdą z osób. Kobieta mi się przyglądała. Lilianna? Odwróciłem wzrok i ruszyłem szybko z powrotem. Nie miałem ochoty i siły na jakieś rozmowy bądź, o zgrozo, sprzeczki.

~Lila~

On mnie śledzi? Doznałam takie szoku, że od razu straciłam apetyt.
- Lilianno? Coś się stało?
- Nie, wszystko dobrze, zamyśliłam się. - odczep się. Zapłać mi za to jedzenie i pozwól wrócić do domu. Muszę pamiętać by już nigdy nie umawiać się do tej restauracji.

-------------------------------

- Nie karzę ci się stroić ale chociaż ubierz coś ładniejszego. - powiedziała moja babcia przerywając mi błogie lenistwo. Internet się sam nie sprawdzi.
- Niby po co? - powiedziałam ledwo wyraźnie przeżuwając owsiane ciastko.
- Zaprosiłam dzisiaj Louie'go na kolację! - powiedziała ciesząc się jak głupi do sera i wyszła z mojego pokoju. Zostawiła mnie w kompletnym osłupieniu. Założę się o wszystko że gdy będziemy jeść zakrztuszę się bułką, ochlapię sosem albo kichnę zupą



CZYTASZ = KOMENTUJ

Co się nie podoba? Co się podoba? Ktoś myśli już nad tym co się stanie na kolacji?

Enjoy!

Gif pochodzi stąd

środa, 6 listopada 2013

[3] Nevermind. Rozdział 2.

ROZDZIAŁ 2.

~Louis~

To wręcz niesamowite, ale za razem też przerażające. Po dziesięciu minutach po ich wyjściu wciąż czułem strach, zimny dreszcz przechodzący mi po kręgosłupie. Człowieku, idioto, szczurze. To tylko zwykła dziewczyna. Nie znasz jej. Jest dla Ciebie nikim ważnym. No tak, to prawda.
Ale zieleń tych oczu. Identyczna jak jego.
Pomimo że nie było późno nagle poczułem straszne zmęczenie. Zwróciłem się do sypialni. Była spora ale przytulna. Miałem do dyspozycji duże łóżko. Nawet bardzo. Stało zaraz po lewej stronie. Po prawej była szafa i mała komoda. Ściany były w kolorze kawy z mlekiem. Z resztą, wszystko mi było jedno. Jeżeli mowa o rozpakowywaniu to jakoś mi się nie chciało. Przeciągnąłem szybko koszulkę przez głowę i wyskoczyłem z ciemnych spodni. Po lewej stronie mignęło mi coś podejrzanego. Spojrzałem tam gwałtownie. To było lustro, przestraszyłem się samego siebie. Uśmiechnąłem się nabijając się z własnej osoby. Przyglądałem się chwilę swojej sylwetce. W wielu miejscach miałem blizny. Stare, jasne, widoczne. Zakryłem szybko dłonią klatkę piersiową i gwałtownym ruchem odwróciłem się w stronę łóżka opuszczając głowę. Nie, to wszystko to przeszłość. Przestań.

------------------------------

Księżyc. Dlaczego mnie tak oślepiasz? To Twoja wina że nie mogę spać? W sumie to wręcz logiczne że zmiana otoczenia nie najlepiej wpływa na spanie. Leżałem rozłożony jak Grecki Bóg na białej pościeli, zakrywałem całe łóżko swoim ciałem. Dlaczego? Ponieważ mogłem. W porównaniu do tego w jakich warunkach żyłem do tych czas, to jest tak ekskluzywne że żadne słową nie są w stanie tego opisać. Byłoby prawie idealnie gdybym mógł chociaż zmrużyć oko. Podniosłem się i wziąłem ze stolika mój stary zegarek który zwykle trzymam zapięty na nadgarstku. Godzina 22.23. Podniosłem się i ruszyłem do łazienki. Może prysznic pozwoli jakoś zrelaksować moje ciało? Zdjąłem bokserki i już stałem pod gorącym strumieniem wody. Oparłem się jedną reką o ścianę tuż obok słuchawki i opuściłem głowę. Przyjemne uczucie. Zakręciłem kurek po jakiś dziesięciu minutach stania bez celu. Nie wziąłem ze sobą ręcznika. Brawo. W sumie, i tak mieszkam sam, a co mi tam. Mokry i zwyczajnie goły zwróciłem się w stronę korytarza. Po otwarciu drzwi poczułem nieprzyjemny chłód panujący w domu. Może jednak to był zły pomysł? Podskoczyłem gwałtownie gdy usłyszałem kujący pisk. Zakryłem rękami uszy i odwróciłem się w stronę pochodzenia okropnego dźwięku. Tak, to zdecydowanie był zły pomysł. Wróciłem szybko do łazienki i z trzaskiem zamknąłem drzwi. Oparłem się plecami o drewnianą powłokę.
- Co Ty tutaj robisz?!- krzyknąłem zaskoczony jak i zdenerwowany.
- A co Ty robisz goły w korytarzu do cholery! - odkrzyknęła brunetka.
- Aktualnie jestem już u siebie, więc jakim prawem wchodzisz tutaj jakby nigdy nic!
Nie odpowiedziała. Widocznie zrozumiała że ta sytuacja była jej winą. Zamknąłem oczy i odetchnąłem głośno próbując uspokoić zbyt szybko bijące serce. No nieźle. Dziwne uczucie gdy zupełnie nieznana Ci osoba widzi Cię całkiem nago.

~Lila~

Głupia, głupia, głupia.
Ale co ja poradzę, to przyzwyczajenie. Od pół roku to mieszkanie stało puste.
- Ja... - zaczęłam.- ja zapomniałam kluczy do mojego domu. Musiały mi wypaść z kieszeni płaszcza.
- Szukaj i wychodź. - usłyszałam po chwili.
Też coś. Nie odzywając się zaczęłam oglądać się po korytarzu. Gdzie one są?
- Em... jeżeli już tam jesteś, mogłabyś mi podać ręcznik z mojej walizki? Teraz będę się bał z deka wyjść... taki.
- Gdzie jest? - powiedziałam śmiejąc się głośno. W tym momencie wolę się śmiać niż się czerwienić jak rasowy burak.
- Zaraz na wierzchu.
Po chwili, stukając obcasami, zmierzałam z dużym miękkim materiałem w stronę łazienki. Zapukałam delikatnie a powłoka lekko się uchyliła, wsunęłam kawałek do środka. Brunet złapał za tą część i pociągnął a następnie zamknął szybko drzwi. Odsunęłam się wzdychając i postanowiłam kontynuować szukanie mojej zguby. Odwróciłam głowę gdy usłyszałam że chłopak wychodzi na zewnątrz. W jednej chwili zrobiło mi się gorąco. Mokre włosy odstawały na różne strony. Na jego ładnej, wyrzeźbionej klatce piersiowej spoczywało parę kropli wody oraz pojedyncze białe blizny. Dolną część zakrywał białym ręcznikiem który osobiście mu podałam.
- Przestań się gapić.
Wstrzymałam oddech i szybko odwróciłam wzrok. Czerwień oblała całą moją twarz. Zdałam sobie sprawę jak bezczelnie mu się przyglądałam. Ale przyznaję, widok był nie najgorszy. Chciałam oprzeć rękę o moją talię robiąc pozę w stylu "nic się nie stało" ale poczułam opór. Stał tuż obok mnie, a ja nieświadomie uderzyłam go łokciem w brzuch. Gdy na niego spojrzałam, akurat pocierał miejsce swoich żeber ze skrzywioną miną.
- Tam są, - powiedział wskazując palcem na miejsce w rogu zaraz obok drzwi. - weź je i wyjdź. No błagam.
Szybko złapałam za klucze i z prędkością światła wybiegłam z mieszkania. Nie powiedziałam nic. Chyba nigdy w życiu się tak nie wstydziłam.

________________________________________________________

CZYTASZ = KOMENTUJ.
Bardzo proszę, to daje dużo motywacji :)


wtorek, 10 września 2013

[2] Nevermind. Rozdział 1.

16.56

Kurwa mać i trzy fryty.

16.57

- Chodź jeszcze na chwile gówniarzu!
Westchnąłem i ociężale zwróciłem się w stronę salonu. Ruszyłem przez obskurny korytarz. Niegdyś na tych ścianach była zielona tapeta którą tak bardzo lubiłem. Stąpając niechętnie, usłyszałem trzeszczące dźwięki które wydawały stare panele.
- Rusz się kurwa!
Przyspieszyłem nieznacznie kroku. Stanąłem w progu w którym kiedyś były drzwi. Zostały wyłamane w trakcie kolejnego ataku furii. Nie odezwałem się, czekałem aż po prostu poczuje moją obecność.
Odwrócił i spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami. Oczami których tak bardzo nienawidzę. Nie ruszając się z fotela, podniósł swoją obrzydliwą dłoń i palcem wskazującym pokazał na pilot który leżał kawałek dalej na podłodze. Ruszyłem się i posłusznie schyliłem po przedmiot. Już miałem go w dłoni gdy poczułem okropny ból. Tak bardzo mnie zaskoczył że upuściłem pilot. Uczucie ciągnięcia sprawiło że podniosłem głowę wyżej. Miałem przed sobą jego okropną twarz. Skrzywił się i ścisnął z całej siły moje włosy. Poczułem jakby urywał mi cały skalp. Jęknąłem boleśnie, ale starałem się utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Dokładnie tak jak uczył.
- I patrz co zrobiłeś szczurze. Upuściłeś go. - zabrzmiał jego niski głos. Jego oddech był okropny.
Ciągle trzymając moją głowę w jednym miejscu schylił się i podniósł małe, szare urządzenie. Pomachał mi nim przed nosem, prawie jak palcem.
- I tak jesteś i zawsze będziesz nikim. - powiedział po tym gdy przysunął swoje usta do mojego ucha.
Otworzył rękę a ja lekko opadłem niżej. Ból był nie do zniesienia. Odwrócił się i dalej obojętnym wzrokiem oglądał mecz. Wstałem gwałtownie na proste nogi z ręką masującą mój skalp. Odwróciłem się niepewnie i ruszyłem z powrotem do swojego pokoju.

17.08

Rozdzwonił się dźwięk domofonu. Do tego czasu siedziałem spięty i oglądałem swoje palce. Gdy usłyszałem wspaniały odgłos mający głosić koniec tego wszystkiego, wstałem gwałtownie. Złapałem swoją walizkę i plecak i w mgnieniu oka byłem na klatce schodowej. Przez otwarte drzwi ostatni raz rzuciłem okiem na mieszkanie. Tyle wspomnień. Okropnych wspomnień. Zamknąłem je z trzaskiem i szybko zbiegałem schodami na sam dół. Wybiegając z klatki ujrzałem wspaniały, żółty pojazd na który tyle czekałem. Po chwili byłem już w środku i wykrzyczałem słowa o wypowiedzeniu których myślałem już od tygodnia.
- Na lotnisko w Troon!

----------------------------------------------

Dojechanie tam gdzie trzeba i lot nie trwały długo. Może z godzinę, może dwie. Mogło by to trwać i z tydzień, ale i tak pewnie bym czuł jakby było to 5 minut. Przeszedłem przed szklane drzwi obrotowe i wtedy to poczułem. Tą wolność. Ten napływ odrobiny szczęścia. Zaczynam nowe życie. Londyn – mój nowy dom.
Zadbałem o każdy szczegół. W internecie można sprawdzić wszystko. Wiedziałem w jaki autobus wsiąść. Następnie wiedziałem gdzie wysiąść by dojść do mieszkania na które skrzętnie oszczędzałem prawie przez całe życie. Wynająłem je telefonicznie i byłem zdany wyłącznie na zaufanie głosowi miłej staruszki i zdjęciom wstawionym na stronę ogłoszeniową. Ale co miałem do stracenia? Zapewne mniej niż nic.

Po dotarciu pod drzwi bloku nacisnąłem na guzik domofonu. Usłyszałem cichy odgłos powoli podnoszonej słuchawki i ciężkich wzdechnięć.
- Halo? - powiedziała słabym głosem osoba.
W tamtym momencie poczułem dreszcze a kącki ust mimowolnie podniosły się ku górze. Nie umiem powiedzieć dlaczego ani nawet dokładnie co to za uczucie. Opisuję je jako radość, ale zapewne było to coś jeszcze.
- Dzień Dobry panno Pearl, tutaj Louis. - powiedziałem uśmiechając się sam do siebie.
- Louie! Wejdź, wejdź! - wykrzyczała.
Wspiąłem się na wyjątkowo strome schody i przeszedłem świeżo pomalowaną klatką wprost pod drzwi nad którymi widniał numerek "18". Uchyliły się delikatnie a tuż za nimi chowała się mała kobieta. Gdy spojrzała w górę i mnie ujrzała momentalnie pokazała wyjątkowo proste, zapewne sztuczne, zęby i ręką zaprosiła mnie do środka. Mieszkanie było dokładnie takie jak na zdjęciach. Każdy pokój był wyposażony w niezbędne meble. Była sypialnia, salon z aneksem kuchennym i łazienka.
- Słuchaj słonko, - zaczęła staruszka, na jej słowa się odwróciłem i ujrzałem jak ciepły ma uśmiech. - zaraz zostawię cię samego z twoim nowym domem ponieważ moja wnuczka po mnie przyjeżdża.

Oh. Nie no, nie oczekiwałem że będzie ona ze mną mieszkać, w końcu gdzie by spała? Ale pomyślałem że mogłaby zostać na trochę dłużej, potrzebowałem obecności kogoś... takiego.
Pomachałem głową z nieco smutnym uśmiechem i rozejrzałem się jeszcze raz po mieszkaniu. W tamtym momencie drzwi otworzyły się z dosyć głośny hukiem. Podskoczyłem w miejscu i odwróciłem się w ich stronę.
- Babciu! Szybko, zaraz się spóźnimy! - powiedziała nieco wyższym tonem kobieta która wpadła do środka i zaczęła pomagać staruszce w ubraniu płaszcza.
Nie widziała mnie. Chyba z powodu pośpiechu kompletnie zapomniała po co pani Pearl tutaj była. Co było dziwne bo stałem dosłownie parę kroków dalej. Gdy chciała szybko podejść po buty zahaczyła czubkiem jej botka o dywanik leżący na ziemi niedaleko drewnianych wieszaków.

~Lila~

Znowu mnie przytrzymali w tej cholernej pracy. I znowu musiałam poganiać tą biedną kobietę. Te masaże miały jej pomóc z jej reumatyzmem. No cóż, starość nie radość. Do tego ubrałam tego dnia botki na obcasie więc moje ruchy były nie do końca sprawne. Gdy dreptałam w stronę jej butów, poczułam lekki opór w prawej nodze a potem z przerażeniem odkryłam że lecę w przód. Nie poczułam uderzenia, więc otworzyłam oczy. Zobaczyłam że coś mnie powstrzymało przed upadkiem. A raczej ktoś. Patrzyłam zszokowana na jego twarz. Następnie w oczy. Niebieskie tęczówki odwróciły się od moich. Stanęłam na proste nogi.
- Boże święty, Lilianno! - wykrzyczała moja babcia. - Dobrze że Louie tutaj był!
- Louie? - odwróciłam się w jej stronę.
Odsunęłam się od niego na bezpieczną odległość. Co to za typ?
- Przecież Ci mówiłam, że znowu je wynajmuję. - powiedziała lekko zdenerwowana.
No prawda, zapomniałam.
- Lilianno, to jest Louis.
Gdy jej wzrok spoczął na nim od razu zagościł na jej twarzy szczery uśmiech. Coś podobnego.
- Louis, to moja wnuczka Lilianna.
Odwróciłam się w jego stronę i oboje machnęliśmy głowami. Wysiliłam się na uśmiech. Lecz on nawet na mnie nie patrzył. Phi.

_____________________________________________________

Zaczęłam pisać nowe opowiadanie. Mam nadzieję że się przyjmie. Napiszcie w komentarzach co myślicie, co wam się nie podoba, co się podoba, co mogę zmienić. Pisać dalej?

Bardzo proszę o komentarze! To bardzo pomaga!



poniedziałek, 8 października 2012

[1] Imaginy.


1. Stoisz przed lustrem, wybierasz ubrania na spotkanie ze swoim chłopakiem. Kochasz tego zadziornego blondynka nad życie. Dzisiaj macie pójść razem do kina. Nie możesz się doczekać. Podjechałaś autobusem i zmierzasz w stronę miejsca gdzie się umówiliście. Stoisz przy przejściu dla pieszych czekając na Niall'a. Mży lekki, wiosenny deszcz. Po chwili widzisz go idącego, z zamyśloną ,lekko zmartwioną miną, po drugiej stronie ulicy. Trzyma coś w kieszeni bluzy i ciągle to poprawia. Dostrzegasz że ma również słuchawki w uszach. Chłopak idzie przed siebie i nie zwalnia nawet gdy zbliża się do przejścia dla pieszych. Machasz do niego by Cię zauważył, nie zauważa Cię. Wchodzi na zebrę po której przejeżdżają samochody, jest dla niego czerwone światło. Podbiegasz do twojego krańca i machasz mu by się zatrzymał, jednak Cię nie widzi. Ulica jest śliska, Niall nie zauważa Samochodu jadącego wprost na niego. Przestajesz oddychać gdy widzisz jak twój ukochany wzlatuje na wysokość trzech metrów i opada jak ciężka lalka na maskę pojazdu. Łapiesz małe, ciężkie oddechy. Rzucasz parasol i biegniesz w stronę wypadku. Zaczynasz krzyczeć ciągle wypowiadając jego imię. Szok połączony z paniką sprawia że nie wiesz co zrobić. Ktoś wezwał karetkę, ktoś zaczął Cię uspokajać, jeszcze ktoś inny zaczyna Cię odpychać tłumacząc że nie można go dotykać. Niall ma zamknięte oczy.
Błagasz poprzez łzy byś mogła pojechać z nimi w karetce, pozwalają. Chłopak jest podczepiony pod urządzenie które charakterystycznie "pika" dając znaki że jego serce bije. Siedzisz nad stołem i patrzysz na niego płacząc. Ratownicy robiąc swoje, powiadamiają Cie że jest przytomny. Niall otworzył oczy.
- Niall.. Niall... Zaraz będziemy w szpitalu. Wyjdziesz z tego.- powtarzasz mu czule.
On patrzy na Ciebie, i trzęsącą się ręką sięga do kieszeni swojej bluzy. Wyciąga małe czarne pudełeczko. Znowu tracisz oddech. Podaje Ci je. Otwierasz i nie wiesz co powiedzieć. Piękny pierścionek z białym brylantem leżał spokojnie na poduszce.
- Ww..wyjdziesz za mm...mnie? -mówi chłopak słabym głosem.
Zakrywasz twarz ręką, płaczesz w najlepsze. Uśmiechasz się poprzez łzy.
- Tak, oczywiście że tak. - wymawiasz.
Po tych słowach, Niall uśmiechnął się blado. Po chwili jednak jego wzrok jakby stał się nie obecny. Zamknął powieki a jego głowa opadła bezwładnie na poduszkę. Urządzenie zaczęło wydawać znaczący pisk. Nie możesz uwierzyć w to co się dzieje. Wszyscy wokół Ciebie skaczą i starają się przywrócić puls. Dojeżdżacie do szpitala. Biegniesz za ratownikami, jednak gdy ci wbiegają na salę, zatrzymują Cię. Musisz poczekać na korytarzu. Usiadłaś ciężko na krześle, trzęsącymi się palcami przejeżdżasz po pudełeczku. Czekasz tak 20 minut i nie wiesz co ze sobą zrobić. Po kolejnych 5 minutach wychodzi do Ciebie lekarz. Wstajesz gwałtownie.
- I jak? - pytasz łamiącym się głosem.
Spojrzał się na Ciebie, pomachał głową.
- Bardzo mi przykro, miał wewnętrzny wylew.
Patrzysz na niego i nie wiesz co powiedzieć.
- Jak to "miał"? To on...
- Tak.- lekarz Ci przerywa. - Bardzo mi przykro.
Przestajesz widzieć na oczy. Opadasz osłabiona na krzesło. Zakrywasz twarz rękoma i szlochasz. Niall nie żyje.
Stoisz znowu przed lustrem. Wybierasz czarne ubrania. Gotowa wsiadasz do busika razem z waszymi przyjaciółmi w całkowitej ciszy. Tyle przez ten ostatni tydzień płakałaś że twoja broda praktycznie trzęsie się już automatycznie. Na samym cmentarzu była ogromna ilość ludzi, fanek, rodziny. Harry i Liam trzymają Cię pod ręce z obu stron. Wszyscy są na czarno, połowa ma puste, blade miny a druga połowa płacze. Masz opuszczoną głowę i ciągle patrzysz się na pierścionek który od niego dostałaś. W głośniczkach rozbrzmiewa głos księdza.
- Dobry Jezu a nasz Panie, Daj mu wiecznie spoczywanie.

___________________________________________

Mam nadzieje że się podoba :x

Zapraszam do pytania mnie na http://ask.fm/lovemyplugs

Enjoy!